Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy

Nareszcie! Po wielu latach wątpliwości i czekania, nadszedł ten dzień, gdy wybrałem się na nowe Gwiezdne Wojny. Oczywiście, przez ten czas rosły moje oczekiwania względem nowego epizodu, co rusz podsycane przez plotki pojawiające się w sieci. Czy te oczekiwania zostały spełnione? Niektóre tak. Niektóre nie. Jak zwykle film rozminął się z moim wyobrażeniem o nim. Ale to dobrze czy źle? Poniżej postaram się odpowiedzieć na to pytanie. ***Uwaga, w tekście znajdują się spojlery***

Zacznijmy od tego co najbardziej podobało mi się w filmie, a mianowicie od sfery audio-wizualnej. W wielu miejscach widać zapowiadany powrót do korzeni, czyli ograniczeniu efektów specjalnych generowanych komputerowo na rzecz ich klasycznych odpowiedników. I rzeczywiście często widać, że użyto realnych scenografii co powodowało swoisty powrót do przeszłości – oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Dobrym przykładem są wnętrza Sokoła Milenium lub bazy Rebelii – oba te miejsce zostały zbudowane przez prawdziwych scenarzystów i prezentują się świetnie. Chociaż twórcy zapowiadali ograniczenie użycia grafiki komputerowej, to w takim filmie jak Gwiezdne Wojny nie mogło jej przecież zabraknąć. W tym miejscu trzeba pochwalić grafików pracujących dla Disney’a za wykonanie znakomitej roboty. Sceny takie jak pościg Tie Fighter’ów za Sokołem Milenium czy bitwa na Niszczycielu Gwiazd robią wrażenie. Jednak jest jedno „ale” – raczej skierowane do scenarzystów niż do grafików. Bitwom brakuje rozmachu! Jeśli przypomnimy sobie to co działo się w Ataku Klonów lub chociażby w Powrocie Jedi to bitwy w Przebudzeniu Mocy, jeśli chodzi o rozmach i skale, wyglądają biednie. Na przykład: podczas szturmu na Niszczyciela Gwiazd biorą udział wyłącznie X-wingi – nie ma ani jednego niszczyciela czy chociażby fregaty. Niestety, Przebudzenie Mocy nie rozpieszcza nas również pod względem pojedynków na miecze świetlne. Podczas całego filmu jest tylko jedno takie starcie, któremu brakuje dynamiki i dramaturgii pojedynków znanych z poprzednich części. Dla porównania przypomnijmy sobie imponujący pojedynek pomiędzy Darth Maul’em, Qui-Gon Jinn’em i Obim-Wann Kenobi z Mrocznego Widma – była w nim dramaturgia, zostały pokazane wspaniałe umiejętności fechtunku prezentowane przez Jedi jaki i Sith’a oraz muzyka która wbijała się głęboko w świadomość (https://youtu.be/yHqdESArkqU). Na tym tle pojedynek z Przebudzenia Mocy przedstawia się jako amatorszczyzna. Może wraz z kolejnymi epizodami dostaniemy bardziej satysfakcjonujące starcia (na przykład Luke’a ze Snoke’iem). Jeśli chodzi o muzykę i dźwięk to mamy tutaj do czynienia z dobrze znaną kombinacją wspaniałej muzyki John’a Williams’a z efektami dźwiękowymi zbliżonymi do tych znanych z tzw. oryginalnej trylogii. Zaskakująco dobrze wypada głos syntetyczny głos Kylo Rena – jednakże ten ludzki nie brzmi najlepiej.

falcon

Fabułę Przebudzenia Mocy można podsumować jednym słowem: kompilacja. Oglądając film wydawało mi się, że kiedyś uczestniczyłem już w przedstawionych w filmie wydarzeniach. Zaczynamy na Jakku – planecie podobnej do Tatooine i tak jak Anakin, a później Luke zostajemy wplątani w galaktyczną intrygę (oczywiście wszystko przez te cholerne driod’y). Bierzemy również udział w ucieczce z bazy Najwyższego Porządku (akcja podobna do tej z Nowej Nadzieji) oraz w zniszczeniu bazy podobnej do Gwiazdy Śmierci. To wszystko przyprawione aluzjami do poprzednich części („Jest tu niszczarka śmieci?”) miało spowodować, aby starzy fani poczuli się jak w domu. Niestety wg. mnie zabieg ten nie udał się w ogóle, gdyż poczułem się w pewien sposób oszukany. Zamiast nowych przygód, dostałem stare, ale skompilowane w remake. Oczywiście fajnie jest zobaczyć na ekranie starych dobrych znajomych takich jak Han Solo, Leia czy Admirała Zasadzka (Admirał Ackbar), ale moim zdaniem powinni być tam tylko jako postacie poboczne, a tak naprawdę Han Solo przyćmiewa dwoje nowych bohaterów, czyli Rey i Finn’a. A jeśli już jesteśmy przy nich to ciężko odnieść wrażenie, aby ta dwójka mogła unieść ciężar nowej trylogii. Niestety nie są osobowościami na miarę Anekin’a czy Księżniczki Amidalii – ale mam nadzieję, że się mylę i w kolejnych epizodach pozytywnie mnie zaskoczą. Odstawiając moje oczekiwania (i znajomość sagi) na bok trzeba obiektywnie stwierdzić, że scenariusz jest całkiem dobrze napisany i na pewno spodoba się osobom dopiero co zaczynającym przygodę z Gwiezdnymi Wojnami. Taki też chyba był zamysł twórców: dotarcie do jak najszerszego grona widzów, z filmem który będzie zrozumiały dla wszystkich, a nie tylko dla fanów.

Screen-Shot-2015-10-20-at-8.47.41-AM

Każde Gwiezdne Wojny to space opera, jednakże nie każda space opera to Gwiezdne Wojny. Niestety. Wychodząc z kina byłem bardziej zawiedziony niż po Mrocznym Widmie – chociaż Epizod I nie był najwyższych lotów, to było tam czuć ten pierwiastek Gwiezdnych Wojen, pierwiastek który nie pojawił się w nowej odsłonie. Abrams’owi wyszła naprawdę fajna space opera, ale moim zdaniem spokojnie mógłby zrobić ją pod innym szyldem. Mam tylko nadzieje, że tym razem będzie podobnie jak z trylogią prequeli – pierwszy epizod był taki sobie, drugi był dobry, a trzeci dorównywał, jeśli nawet nie przewyższał, oryginalnej trylogii. Może z czasem Abrams odnajdzie brakujący pierwiastek i zobaczymy Gwiezdne Wojny na miarę XXI wieku, bo i tak trzeba przyznać, że Epizod VII to bardzo dobry film, który daje nam nadzieję, że z czasem będzie tylko lepiej.

reżyseria: J.J. Abrams

gatunek: PrzygodowySci-Fi

produkcja: USA

premiera: 18 grudnia 2015

Dodaj komentarz