Roberto Bolaño – 2666

2666 Roberto Bolaño polecił mi znajomy, który był ciekawy mojej reakcji na to monumentalne „dzieło”. Do lektury podszedłem bez żadnych oczekiwań i uprzedzeń, ale byłem trochę przerażony rozmiarem wyzwania jakie mnie czeka(ponad 1000 stron drobnym drukiem). Już teraz mogę śmiało powiedzieć, że było warto poświęcić tyle czasu na przebrnięcie do końca, ale ambiwalentnie podchodzę do nazwania 2666 dziełem. 

Zacznijmy od początku, czyli od pierwszej części powieści, która dotyczy grupy badaczy literatury niemieckiej, która to grupa na główny cel swoich badań wzięła postać Benno von Archimboldiego. Postać ta jest jedną z osi spinających w całość 5 części powieści składających się na 2666. Od pierwszych stron jesteśmy przytłaczani szczegółowością świata opisywanego przez Bolaño; praktycznie każde miejsce, każda postać czy zdarzenie opisywane jest w najdrobniejszych detalach. Na przykład wiele z przewijających się postaci opowiada swoje sny, gdyż Bolaño z taką pieczołowitością tworzy postacie – od a do z. Dalsze przykłady: jak już wspomniałem na pierwszych stronach powieści poznajmy czworo badaczy Archimboldiego – początek przygody każdego z nich z niemieckim pisarzem poznajemy w najdrobniejszych detalach, czyli gdzie byli gdy pierwsza książka autora wpadła im w ręce, w jakim stanie psychicznym się znajdowali i oczywiście jakie wrażenie na nich wywarła. Innym przykładem staranności i drobiazgowości autora jest kongresmenka Azucena Esquivel Plata, która opowiada historię życia swojej przyjaciółki Kelly Parker – historia oczywiście nie ma najmniejszego związku z „głównym” wątkiem (o ile taki w ogóle istnieje). Przywiązanie Bolaño do szczegółów intryguje, a nawet fascynuje, jednak po pewnym czasie potrafi też męczyć. I to jest chyba główny zarzut w stosunku do 2666 – pewne wątki Bolaño rozciąga niemiłosiernie długo i nie ma to żadnego uzasadnienia fabularnego. Czasami po prostu nudzimy się czytając o perypetiach mało znaczącego i interesującego bohatera, o którym być może już więcej nie przeczytamy. Moim skromnym zdaniem książka zyskałaby wiele na wartości, gdyby autor wyciął pewne zbyt rozwleczone wątki i skupił się na innych, tych związanych z główną linią fabularną. Wydaje się, że powieści brakuje pewnej dozy redakcji, co tylko potwierdza jedno z moich przypuszczeń co do 2666, czyli że powieść po prostu nie została dokończona (wbrew temu co twierdzi wydawca). Przykładów na to jest więcej: historia Hugo Haldera, czyli przyjaciela Archimboldiego, którego losów do końca nie poznaliśmy, a był on dosyć istotną osobą w życiu pisarza. Nie wiem czy ten zabieg miał na celu, pokazanie nieprzewidywalności życia, czy po prostu Bolaño nie miał czasu na dopracowanie tego wątku, ale moim zdaniem wpływa to niekorzystnie na obraz książki, gdyż po przeczytaniu książki czułem swego rodzaju nienasycenie i niezaspokojenie.

Z wyżej wymienionych powodów trudno mi nazwać 2666 dziełem. A szkoda, bo powieść zadaje mnóstwo wartościowych pytań w stosunku do ludzi i ich natury. Oczywiście czasami Bolaño sam sobie na te pytania odpowiada, a czasami po prostu dąży do zgłębienia problemu bez postawienia konkretnej hipotezy. I właśnie te poszukiwania to sól powszednia 2666. Sól która powoduje że powieść tak dobrze smakuje, gdyż autor wkłada w nie całą swoją inteligencję i elokwencje. Kolejnym mocnym punktem powieści jest dużo interesujących i dających się lubić postaci. Na przestrzeni książki będziemy mieć do czynienia z pełnym przekrojem globalnego społeczeństwa, od robotników żyjących w slumsach, przez policjantów i pracowników naukowych, po polityków piastujących najwyższe stanowiska miejskie i państwowe. Każda z tych postaci ma wiele do zaoferowania, chociaż jak już wcześniej wspomniałem część z nich wydaje się dodana na siłę. Z drugiej jednak strony mamy tak arcyciekawe postacie jak Benno von Archimboldi, którego życiorys (przedstawiony w 5 części) jest pełen przygód i spotkań z innymi barwnymi postaciami (chociażby wspomniany Hugo Halder). Innymi bohaterami wprowadzającymi dużo kolorytu do powieści są dziennikarz Fate i Rosa Amalfitano, których losy splatają się w części 3 pokazującej nocne życie miejskiej bestii jaką jest fikcyjne miasto Santa Teresa. Miasto to wzorowane na Ciudad Juárez, jest drugą osią wokół której krąży fabuła 2666 (polecam Sicario Denisa Villeneuve’a obrazujące skale zezwierzęcenia miasta). Santa Teresa to brutalne miasto w którym na przestrzeni lat 90 doszło do ponad 100 zabójstw kobiet – Bolaño opisuje każde z nich z policyjną dokładnością. Przez ten zabieg dehumanizuje każde z morderstw, sprowadzając je do policyjnego raportu, efektem wyprane z emocji podejście czytelnika do kolejnych opisów zbrodni. Dokładnie tak samo reagujemy na wiadomości o liczbie zabitych w wybuchu w Iraku, czy morderstwach w Polsce – jest to dla nas kolejna statystyka. Bolaño podobne zabiegi stosuje w kilku innych przypadkach, tak że lektura ciągle skłania nas do przemyśleń – co nie jest zbyt częste w dobie współczesnej literatury.

Jak już wspomniałem 2666 to powieść monumentalna pod względem rozmiarów, jak i ilości zawartych w niej przemyśleń. Bolaño potrafi znużyć i zafascynować, ale końcowy rachunek wypada dodatnio, więc warto zapoznać się z tym swoistym testamentem autora, który w pewnych momentach posiada znamiona dzieła. Momenty te to ponadczasowe tematy i problemy poruszane przez autora, na przykład sposób w jaki Naziści rozprawiali się z przymusowymi „imigrantami” jest bardzo aktualny w dobie kryzysu imigracyjnego jaki obecnie przeżywamy.

Dodaj komentarz